czwartek, 15 grudnia 2016

Z CYKLU SEMPÉ I GOŚCINNY PRZEDSTAWAJĄ; Jonasz



  Euzebiusz, ten, co jest bardzo silny i lubi dawać chłopakom w nos, ma starszego brata, który nazywa się Jonasz i właśnie poszedł do wojska. Euzebiusz jest strasznie dumny ze swojego brata i ciągle o nim opowiada.
— Dostaliśmy zdjęcie Jonasza w mundurze — powiedział nam któregoś dnia.  Wygląda fantastycznie! Jutro przyniosę wam pokazać.
I Euzebiusz przyniósł nam zdjęcie: Jonasz wyglądał na nim bardzo fajnie, w berecie, cały uśmiechnięty.
— Nie ma galonów — powiedział Maksencjusz.
— To dlatego, że jest nowy — wyjaśnił Euzebiusz — ale na pewno zostanie oficerem i będzie dowodził masą żołnierzy. W każdym razie ma karabin.
— A nie ma rewolweru? — zapytał Joachim.
— Jasne, że nie — powiedział Rufus. Rewolwery są dla oficerów. Żołnierze mają, tylko karabiny. To się Euzebiuszowi nie spodobało.
— Co ty tam możesz wiedzieć? — powiedział. Jonasz ma rewolwer, bo zostanie oficerem.
— Nie rozśmieszaj mnie — powiedział Rufus  Mój ojciec ma rewolwer.
— Twój ojciec — krzyknął Euzebiusz — nie jest oficerem, tylko policjantem! To żadna
sztuka mieć rewolwer, jak się jest policjantem!
— Policjant to tak jak oficer! — krzyknął Rufus. Poza tym mój ojciec ma kepi! A twój brat ma kepi, co?
I Eugeniusz z Rufusem się pobili.
Kiedy indziej Euzebiusz opowiedział nam, że Jonasz pojechał ze swoim pułkiem na ćwiczenia i robił niesamowite rzeczy, że zabił mnóstwo wrogów i że generał mu pogratulował.
— Na ćwiczeniach nie zabija się wrogów — powiedział Gotfryd.
— Zabija się na niby — wyjaśnił Euzebiusz. Ale to bardzo niebezpieczne.
— E, tam! — powiedział Gotfryd. Na niby się nie liczy! To by było za łatwe!
— Chcesz w nos? — zapytał Euzebiusz. I to nie na niby?
— Tylko spróbuj! — powiedział Gotfryd.
Euzebiusz spróbował, udało mu się, no i się pobili.
W zeszłym tygodniu Euzebiusz opowiedział nam, że Jonasz po raz pierwszy stał na
warcie i że wybrano go dlatego, że jest najlepszym żołnierzem w pułku.
— To trzeba być najlepszym żołnierzem w pułku, żeby stać na warcie? — zapytałem.
— A jak? — powiedział Euzebiusz. — Nie myślisz chyba, że dają pilnować pułku jakiemuś idiocie? Albo zdrajcy, który wpuściłby do koszar wrogów?
— Jakich wrogów? — zapytał Maksencjusz.
— Coś ty, to wszystko bujda — powiedział Rufus. — Wszyscy żołnierze stoją na warcie, każdy po kolei. Idioci tak samo jak reszta.
— Tak mi się wydawało — powiedziałem.
— Zresztą to nic takiego stać na warcie — powiedział Gotfryd. Każdy to może robić!
— Chciałbym cię widzieć! — krzyknął Euzebiusz. Stać tak samemu po nocy i pilnować pułku.
— O wiele niebezpieczniej jest uratować kogoś, kto się topi, jak ja na ostatnich wakacjach! — powiedział Rufus.
— Nie rozśmieszaj mnie — powiedział Euzebiusz — nikogo nie uratowałeś i jesteś
kłamca. A wy wiecie, kim jesteście? Jesteście bandą idiotów!
Wtedy żeśmy się wszyscy pobili z Euzebiuszem, ja dostałem pięścią w nos, i Rosół,
nasz opiekun, postawił nas do kąta.
W ogóle to zaczynamy mieć już dość Euzebiusza razem z jego bratem.
A dzisiaj rano Euzebiusz przyszedł do szkoły strasznie przejęty.
— E, chłopaki! — zawołał. Wiecie, co? Dostaliśmy list od mojego brata! Przyjeżdża na przepustkę! Na pewno już jest w domu! Chciałem na niego poczekać, tylko że ojciec się nie zgodził. Ale obiecał powiedzieć Jonaszowi, żeby w południe przyszedł po mnie do szkoły! I wiecie, co jeszcze? No, zgadujcie!...
Ponieważ nikt nic nie mówił, Euzebiusz wrzasnął, dumny jak nie wiem co:
— Ma już stopień! Jest rekrutem!
— To nie jest stopień — powiedział Rufus.
— On mówi, że to nie jest stopień — powiedział śmiejąc się Euzebiusz. Jasne, że to jest stopień, i Jonasz ma na rękawie galon. Napisał nam w liście!
— A co robi taki rekrut? — spytałem.
— To samo, co oficer — powiedział Euzebiusz. Dowodzi masą żołnierzy, wydaje rozkazy, na wojnie prowadzi innych do walki i żołnierze muszą mu salutować. Żebyś wiedział! Żołnierze muszą salutować mojemu bratu! O tak!
I Euzebiusz przyłożył rękę do czoła, żeby zasalutować.
— Ale fajnie! — powiedział Kleofas.
Zazdrościliśmy trochę Euzebiuszowi, że ma brata w mundurze z galonami, któremu wszyscy salutują. I cieszyliśmy się, że go zobaczymy po skończonych lekcjach. Ja już go kiedyś widziałem, ale to było przedtem, kiedy nie był jeszcze żołnierzem i nikt mu nie salutował. Jest bardzo fajny i silny.
— Zresztą po szkole — powiedział Euzebiusz — sam wam opowie. Pozwolę wam z nim porozmawiać.
Weszliśmy do klasy bardzo przejęci, ale najbardziej przejęty był oczywiście Euzebiusz.
Nie mógł usiedzieć w ławce, wiercił się i rozmawiał z chłopakami, którzy najbliżej siedzą.
— Euzebiuszu! — krzyknęła pani. Nie wiem, co się dziś z tobą dzieje, ale jesteś nieznośny! Jeśli się zaraz nie uspokoisz, zostaniesz w szkole po lekcjach.
— Och, nie, proszę pani! Nie! — zawołaliśmy wszyscy.
Pani spojrzała na nas zdziwiona i Euzebiusz wytłumaczył jej, że jego brat, podoficer przychodzi po niego do szkoły.
Pani schyliła się, żeby poszukać czegoś w szufladzie, ale my ją znamy i wiemy, że kiedy
tak robi, to znaczy, że chce jej się śmiać. A potem powiedziała:
— Dobrze. Ale macie się zachowywać spokojnie. Zwłaszcza ty, Euzebiuszu, musisz być grzeczny, żeby być godnym brata żołnierza!
Lekcja okropnie nam się dłużyła, a kiedy zadzwonił dzwonek, mieliśmy już spakowane tornistry i pędem wylecieliśmy z klasy.
Na chodniku czekał na nas Jonasz. Nie był w mundurze. Miał na sobie żółty sweter i niebieskie spodnie w prążki, i trochę żeśmy się rozczarowali.
— Się masz, pyszczku! — zawołał na widok Euzebiusza. Znowu urosłeś!
I Jonasz pocałował Euzebiusza w oba policzki, rozczochrał mu włosy i dał kuksańca.
Okropnie fajny ten brat Euzebiusza. Sam chciałbym mieć takiego!
— Dlaczego nie jesteś w mundurze? — zapytał Euzebiusz.
— Na przepustce? Też masz pomysły! — powiedział Jonasz. A potem popatrzył na nas
i powiedział:
— A! Są i koledzy. To jest Mikołaj... Ten gruby to Alcest... l A tamten to... to...
— Maksencjusz! — krzyknął Maksencjusz, dumny, że Jonasz go poznał.
— Niech pan powie — zapytał Rufus — czy to prawda, że teraz, kiedy ma pan galony dowodzi pan ludźmi na polu bitwy?
— Na polu bitwy? — roześmiał się Jonasz. — Na polu bitwy nie, ale w kuchni pilnuję obierania jarzyn. Zostałem przydzielony do kuchni. Czasem to niezbyt przyjemne, ale za to można się najeść.
Wtedy Euzebiusz spojrzał na Jonasza, zrobił się całkiem biały i popędził przed siebie jak szalony.
— Euzebiusz! Euzebiusz! — krzyknął Jonasz. Co mu się stało, do licha? Zaczekaj na  mnie! Zaczekaj!
I Jonasz poleciał za Euzebiuszern.
My też sobie poszliśmy, a Alcest powiedział, że Euzebiusz powinien być dumny ze swojego brata, któremu w wojsku tak dobrze się powiodło...





poniedziałek, 10 października 2016

{MINIOPOWIADANIE} -1- Tragarz snów




Motto;

~Kariera każdego człowieka na Ziemi zaczyna się  w pieluszce, choćby dziś nosił mundur ambasadora czy generała, i na pieluszce może nieco większej się skończy.~ Prymas Stefan Wyszyński

☕☕

Dla mojej przyjaciółki, Jowity za wsparcie i nieustanną motywację. Nie bez powodu akcja pierwszego epizodu rozgrywa się w Białymstoku...




EPIZOD 1

 






Białystok, 4 października 1946r.




 
  Promienie jesiennego słońca wpadały przez osłonięte koronkowymi firankami okno. Na drewnianej podłodze klęczała dwójka dzieci, przeglądając leksykon zwierząt. Szczupły chłopczyk o płowych włosach z jasnoniebieskimi oczami wskazywał palcem jakąś fotografię. Drzwi skrzypnęły i rozległy się czyjeś kroki. Do pokoju wszedł niewysoki młodzieniec, stąpając bezszelestnie po puszystym dywanie.

— Ejże, odkrywcy, może chcielibyście coś zjeść? — zawołał wesoło. Siedzicie tutaj od rana, chyba wystarczy.
— Obiecałeś, że jutro wybierzemy się do ZOO — szepnęła prosząco dziewczynka.
— Uhm, tym bardziej chodźcie na obiad. Po Józia niedługo przyjdzie tata.
Kilka minut później cała trójka siedziała przy kuchennym stole, zajadając gulasz z kaszą gryczaną. Edmund Berg wraz z młodszą siostrą, Sylvią, mieszkał w drewnianym domku na Ochrowej 15. Od śmierci rodziców samodzielnie wykonywał większość domowych obowiązków. Choć życie w powojennej Polsce nie należało do najłatwiejszych, to stopniowo wracało do normy. Teraz sięgnął po książkę, bowiem czytanie należało do codziennych rytuałów.
— Pamiętacie, na czym skończyliśmy? – zagadnął.
Podopieczni przytaknęli, co oznaczało początek zabawy:

 *(...) Wszystkie mądre polskie kozy, by je zliczyć, nie mam siły!
Na naradę się zebrały
i rzecz taką uchwaliły:

W sławnym mieście Pacanowie
tacy sprytni są kowale,
że umieją podkuć kozy,
by chodziły w pełnej chwale.

Przeto koza albo kozioł,
jakaś bardzo mądra głowa,
aby podkuć się na próbę,
musi pójść do Pacanowa (...)
   

Tymczasem na dworze zapadł zmierzch. Gmach Wyższej Szkoły Wojskowej opustoszał, podobnie jak większość państwowych instytucji po godzinach urzędowania. Ostatnim z wychodzących był mężczyzna w wojskowym płaszczu, niosący teczkę z dokumentami.   Szedł w stronę przystanku tramwajowego, najwyraźniej o czymś rozmyślając. Jednakże wspomnienia nie były zbytnio przyjemne, gdyż mięśnie jego ramion zadrżały lekko. Rotmistrz Witold Pilecki cofnął się myślami do wydarzeń sprzed czterech lat...

♆♆

O więźniach pracujących w odlewni metali ciężkich szeptano, iż mają szczęście.  Nie otrzymywali większych porcji kleistej brunatnej mazi z grochu oraz zgniłych ziemniaków pastewnych, ale mieli coś, co pozwalało na przeżycie... wyrozumiałego nadzorcę.  Ukraińscy strażnicy zasłużyli z pewnością na miano tyranów, a dotyczyło to zwłaszcza Wladimira Drubeckiego.  Do placówki karno-śledczej w Wadowicach trafił na specjalne szkolenie. Każde jego polecenie wykonywano niemalże biegiem. Jakikolwiek sprzeciw powodował natychmiastowe odesłanie do piwnicznego bunkra, gdzie Drubecki sprawował niepodzielną władzę.  Przeprowadzał wyczerpujące nocne musztry, bił po całym ciele drewnianą pałką, przypalał rozgrzanym pogrzebaczem.   Przez wzgląd na to otrzymał przydomek Czarny Diabeł. 11 kwietnia 1942 roku doszło do pamiętnej interwencji esesmana o nazwisku Götman, głównego kierownika robotników w odlewni.  Świadkowie zapamiętali  małego blondynka, którego ocalił przed brutalnym Ukraińcem. Odtąd starał się pomagać im w niełatwej egzystencji...

♆♆

 Czyżby te koszmary wyrwały dziewięciolatka ze snu? Dochodziła północ, gdy dwaj mężczyźni usłyszeli krzyk, dobiegający z dziecięcej sypialni. Manuel Valadares wszedł do środka, zapalając lampkę.
— Ćśś, dziecinko, jestem przy tobie — uspokajał kojącym głosem.
— Mama odeszła, bo byłem niegrzeczny, prawda? — padło cichutkie, niepewne pytanie.
— Ależ skąd po prostu mieszka za granicą i tyle.
— Dlaczego nie pamięta o moich urodzinach, ani nie pisze listów?
— Posłuchaj, czasami tak bywa, ale na pewno cię kocha…
Pół godziny później w domu zapanowała cisza. Taksówkarz popatrzył znacząco na przyjaciela
— Najbardziej obawiałem się podobnych pytań, Witek — przyznał, upijając łyk wina. Nie chcę kłamać, ale nie mam wyboru.
— Przemyśl, czy nie powinien pojechać na jakiś czas do Monachium* — Rotmistrz wyjął z teczki kilka formularzy.
— Masz rację nie należy  w nieskończoność odkładać ważnych decyzji.

KONIEC EPIZODU 1


Słowik pojęć i terminów
 - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 1 ---> Cytat zaczerpnięty z komiksu „ 120 przygód Koziołka” Matołka Kornela Makuszyńskiego.  Wydawnictwo Gebethner i Wolff 1932.
2 ---> Tak, nieprzypadkowo dokonałam akurat takiego wyboru. Inspirowałam się w dużej mierze „Złodziejką książek.” W związku, z czym w następnym epizodzie  Zezé  pojedzie do nowej szkoły w towarzystwie swojej przyjaciółki z sąsiedztwa, Sylvii Berg.  Dojdzie wówczas  wypadku z udziałem wyżej wymienionej dwójki.  Wszystko skończy się dobrze, jednak będzie nieco zamieszania.